niedziela, 30 października 2011

Autor: Rafał Donica

Spectacular! Spectacular!

Cykl „Mission: Impossible” można śmiało ogłosić opus magnum Toma Cruise’a. Co tam nominacja do Oscara za „Magnolię”, kultowa rola w kultowym „Top Gun”, dramatyczna kreacja w „Rain Man” czy demoniczny „Wywiad z wampirem”. Tom Cruise to Ethan Hunt i już. W każdym filmie liczącego cztery już części cyklu, niezależnie od nazwiska reżysera napisanego na oparciu krzesła, to Cruise odciska największe piętno, to na nim skupia się kamera, to do niego należą najbardziej widowiskowe numery, to wreszcie jego buźka jako najważniejsza i jedyna świeci na plakatach. Niedługo premiera czwartej części „Mission: Impossible” pod tytułem „Ghost Protocol” (pierwszy raz w historii cyklu pojawia się podtytuł). Zapraszam was do obejrzenia cholernie spektakularnego trailera, w którym po raz kolejny Tom Cruise ucieka przed eksplozjami, skacze z budynków i pakuje się w najniebezpieczniejsze niebezpieczeństwa.

środa, 26 października 2011

Autor: Anielski Pył

Twórca Oldboya debiutuje w Hollywood

Koreański reżyser i scenarzysta, Park Chan-Wook, posiada w swojej filmografii co najmniej cztery filmy, które określiłbym jako must-see. Na pierwszym miejscu postawiłbym słynną "Trylogię zemsty", na którą składają się: skonstruowany na wzór tragedii antycznej Pan Zemsta, ubrany w barokowe szaty i niezwykle brutalny Oldboy, wreszcie obraz będący syntezą treści i formy dwóch poprzednich filmów, czyli Pani Zemsta. Jeśli dodać do tego przejmujące Joint Security Area, w którym Park mierzy się z problematyką Północ - Południe, otrzymujemy obraz twórcy z własnym, wypracowanym stylem, który filmową materią potrafi bawić się na wysokim poziomie. Po uznanego na świecie reżysera postanowiło sięgnąć w końcu Hollywood, a powodów, dla których warto czekać na jego pierwszy anglojęzyczny film Stoker, jest co najmniej kilka.

poniedziałek, 24 października 2011

Autor: Rafał Donica

Wyrób akiropodobny?

Niech podniesie rękę ten, kto po seansie „Cudownego dziecka” (1986 r.) nie wpatrywał się w pustą butelkę stojącą na stole, wykrzywiając twarz w skupieniu, i nie próbował przesunąć jej bez dotykania. I choć niejeden z nas czerwieniał na twarzy ze skupienia i wyglądał jakby miał zatwardzenie, butelka ani drgnęła. Marzenia o, już nie tyle przesuwaniu, co niszczeniu przedmiotów i przeciwników za pomocą telepatii, powróciły wraz z anime „Akira” (1988 r.). Film Katsuhiro Otomo do dziś pozostaje moim numerem jeden w kategorii animacji, uważam go też za jedną z najlepiej napisanych fabuł, z fantastycznymi scenami akcji (nieograniczanymi ani budżetem, ani możliwościami komputerów) i postaciami, z Kanedą i Tetsuo na czele. Ten cherlawy gnojek, takie trochę popychadło klasowe, po odkryciu w sobie supermocy, przeistacza się w machinę zniszczenia, miażdżącą czołgi, strącającą śmigłowce i stawiającą opór zmasowanemu ostrzałowi artyleryjskiemu. „Akira” wciąż czeka na swoją wersję aktorską, tymczasem w 2012 roku do kin wejdzie coś, można powiedzieć, akiropodobnego…

sobota, 22 października 2011

Autor: Motoduf

He's a Maniac!

Jednym z głównych przejawów mody na lata osiemdziesiąte jest powtórna popularność piosenek z musicali, które biły rekordy popularności trzy dekady temu. W prawie każdym radiu katuje się motywy takie jak „Footloose”, „Time of My Life” z „Dirty Dancing” czy kultowe „Maniac” Michaela Sembello, ilustrujące niegdyś zmagania młodej Jennifer Beals w „Flashdance”. Z ostatnim z wymienionych kawałków zawsze miałem problem – pomimo, że brzmi jak typowy, nieco naiwny (choć bardzo sympatyczny) popowy kicz charakterystyczny dla lat osiemdziesiątych, wydawał mi się dziwnie niepokojący. Jak się okazuje, nie bez powodu.

Tak się bowiem składa, że „Maniac”, piosenka opowiadająca o dziewczynie „maniakalnie” zakochanej w tańcu, zanim znalazła się we „Flashdance”, zdobyła nominację do Oscara i podbiła serca widzów, sama została zainspirowana innym, popularnym w pewnych kręgach filmem. Musicalem? Komedią romantyczną? Melodramatem? Cóż, nie do końca:


czwartek, 20 października 2011

Autor: Rafał Oświeciński

Ja tu na deszczu, wilki jakieś...

Pojawił się plakat do nowego filmu Joe Carnahana, „The Grey”. O ile sam poster jest średni, tak fabuła brzmi intrygująco - garstka samotnych mężczyzn kontra wataha wilków. Czyli kino survivalowe pełną gębą.


wtorek, 18 października 2011

Autor: Anielski Pył

Od Władcy Pierścieni do Hobbita, czyli jak 10 lat minęło...

Kiedy New Line Cinema w 1998 roku przekazała stery nad największą produkcją w historii kina Peterowi Jacksonowi, wielu zadawało sobie pytanie: Peterowi komu? Twórca kultowej Martwicy mózgu, znany z początku jedynie garstce szczęśliwców, zaraz po premierze Drużyny Pierścienia zamknął usta wszystkim niedowiarkom, a następnie szeroko je rozdziawił, gdy triumfy w kinach święciły Dwie Wieże i przede wszystkim Powrót Króla. Nowozelandczyk musiał się zmierzyć nie tylko z ogromnym rozmachem inscenizacyjnym, jakiego wymagała adaptacja Trylogii, ale także z pokaźną liczbą postaci, w role których należało obsadzić dziesiątki aktorów. Jackson nie zdecydował się na angaż żadnej gwiazdy, której nazwisko kojarzyło się z wielkim kasowym przebojem, decydując się na uznanych, choć mniej znanych aktorów oraz całkowitych nowicjuszy. Wybory Petera okazały się słuszne, gdyż niemal wszystkie postaci z filmu wyglądały i zachowywały się, jakby wyjęto je wprost ze stron powieści. Lwia część aktorów we Władcy Pierścieni pokazała fantastyczne umiejętności, czego dowodem jest nominacja do Oscara dla Sir Iana McKellena za Drużynę Pierścienia. Jak wiemy, historia zatoczyła koło i równo po 11 latach od premiery pierwszej części Władcy Pierścieni, przyjdzie nam obejrzeć rozbudowany prolog w dwóch częściach Hobbita. Z tej okazji postanowiłem przypomnieć, co porabiali twórcy Trylogii przez ostatnie dziesięć lat, tym bardziej, że część z nich pracuje także nad prequelem. Swoją uwagę skupiłem na osobie reżysera, członkach Drużyny Pierścienia oraz najważniejszych aktorach drugoplanowych, którzy powrócą w dylogii Hobbit.


niedziela, 16 października 2011

Autor: Karol

Na żywo z Domu Duchów

Wielkimi krokami zbliża się trzecia część serii „Paranormal Activity” – horroru, którego wielki sukces nie przestaje mnie zadziwiać. Jako, że po raz kolejny będziemy mieli okazję poprzyglądać się statycznym kadrom i samo-otwierającym się drzwiom, warto przypomnieć w tym miejscu, że nie jest to pierwsza produkcja, która w taki sposób o nawiedzeniu opowiada. Na wiele lat przed filmem Peliego telewizja BBC stworzyła bowiem coś, co swoją siłą i efektownością można spokojnie porównać do „Wojny Światów” według Orsona Wellesa…


piątek, 14 października 2011

Autor: Rafał Oświeciński

Aktorzy dzisiaj, część 2

Czas na odkrycia ostatnich lat. Przed paroma laty ich nazwiska  - w większości - nikomu nic nie mówiły: dopiero rozpoczynali kariery aktorskie, łapali się małych projektów występując gdzieś na drugim planie, ewentualnie występowali w roli dzieciaków w serialach tv. W pewnym momencie nastąpił przełom - główna rola w filmie, którego sukcesu nikt się nie spodziewał, a jednak i ich poziom aktorstwa, i jakość fabuły przesądziły o otwarciu drzwi do sławy, jakkolwiek by ona oceniana nie była.


czwartek, 13 października 2011

Autor: Rafał Oświeciński

Aktorzy dzisiaj, część 1

„Nowe pokolenie aktorów” to nic nie mówiący, rozmazany zwrot, klucz, wytrych i tym podobne farmazony, którymi jesteśmy karmieni co czas jakiś - raz sensownie, innym razem bezsensownie. Ale ja pobawię się w jasnowidzenie. Co mi tam. Mamy bowiem do czynienia z narodzinami nowych gwiazd, pośród których kilka już jasno świeci, inni - i to zdecydowana większość - czeka na role wielkie, największe, co nie jest tożsame z hitowymi (choć idące często oczywiście w parze).

wtorek, 11 października 2011

Autor: Anielski Pył

Mroczny Rycerz Powstaje. Ale czy zdoła?

Do premiery epickiego zwieńczenia sagi o Mrocznym Rycerzu pozostał niecały rok, ale już dziś  znajdujemy się w posiadaniu dużej ilości informacji na temat najnowszego filmu Nolana. Komercyjny sukces Mrocznego Rycerza oraz kultowa rola Heatha Ledgera, teoretycznie zawiesiły kontynuacji poprzeczkę bardzo wysoko. Piszę "teoretycznie", gdyż moje stanowisko na temat poprzedniej odsłony dalekie jest od składania pokłonów i bicia braw. Moim zdaniem nolanowski quasi-realizm zjadł swój własny ogon, Batman ponownie wrócił do roli bohatera drugoplanowego, a mądrości wygłaszane przez większość postaci równać się mogą jedynie z kwestiami Optimusa Prime'a z Transformers, czy Aleksandra z filmu Olivera Stone'a. The Dark Knight mocno podkopał autorytet Begins, który z taką konsekwencją budował Nolan w swoim pierwszym obrazie o Nietoperzu.


niedziela, 9 października 2011

Autor: Kubeczek

O świecie, którego już dawno nie ma, czyli moje refleksje nad filmami lat minionych

Filmy polskie przedwojenne to dla mnie filmy z dalekiej przeszłości. Stare rupiecie bądź filmy nie do oglądania, jak chcą niektórzy. I ja się z tym bardzo ale to bardzo nie zgadzam. Protestuję. Bo co to znaczy, że tego nie można już oglądać? Że trzeszczą? Że stare? To prawda. Ale rupiecie to są raczej filmy współczesne z domorosłymi i niewykształconymi aktorzynami, którzy mają złą dykcję, źle akcentują i źle grają. Za to wydaje się im, że jak wystąpili w pięciu serialach, to mogą pretendować do bycia wyrocznią i autorytetem Sztuki Filmowej. Czy to, że ja potrafię zaprojektować domek dla kota czyni mnie architektem?


piątek, 7 października 2011

Autor: tomashec

Eddie Murphy - reaktywacja?

Eddie Murphy jest jednym z najbardziej charakterystycznych i najciekawszych komików amerykańskich. Ten wywodzący się z Saturday Night Live aktor największe triumfy święcił w latach osiemdziesiątych. Wtedy to wykreował kilka niezapomnianych ról i dorobił się sporej kasy. Jego znakiem rozpoznawczym były słowa wypowiadane z szybkością karabinu maszynowego i niesamowity śmiech, którym dosłownie zarażał.

środa, 5 października 2011

Autor: Anielski Pył

Resident Evil: Retribution. Światełko w tunelu?

Flirt Paula W. Andersona i Milli Jovovich z marką Resident Evil zaczął się całkiem znośnie. Resident Evil: Domenę zła z 2001 roku oglądało się w miarę bezboleśnie. Pociągająca i wiarygodna w roli agentki z amnezją Jovovich, niezły drugi plan, pomysłowy skrypt z twistem, klimat podziemnych laboratoriów Umberlli, wreszcie szalenie nakręcający epilog. Mimo sukcesu w box office i niezgorszych opinii recenzentów, muszę zgłosić pewien sprzeciw. Mówimy tutaj przecież o adaptacji słynnego cyklu gier firmy Capcom, która paradoksalnie ma niewiele z serią RE wspólnego. Podziemne centrum badawcze, rezydencja, zombie, dobermany, szalejący Licker czy akcja w metrze, to nic innego jak luźne wykorzystanie pojedynczych elementów z gier, a nie Resident Evil opowiedziany językiem kina. Jak pokazała przyszłość, takie podejście do konsolowego/komputerowego pierwowzoru rozpoczęło proces, który w prostej linii doprowadził do wysypu katastrofalnych kontynuacji.


poniedziałek, 3 października 2011

Autor: Rafał Donica

Osama w sosie gore

Produkcja lwiej części współczesnych filmów rozrywkowych pokroju „Ghost Ridera”, „Drive Angry”, „Cowboys & Aliens”, czy „Green Lantern”, powinna zakończyć się na etapie trailera. Tylko wówczas miałyby one szansę zapisania się pamięci widzów w pozytywny sposób. Gdybym nie obejrzał takich „Transformers 2” czy „Nostalgii anioła” i opierał się tylko na ich piorunująco dobrych zapowiedziach, do dziś byłbym przekonany, że czeka mnie przednia filmowa uczta. Fake trailer „Maczety” stworzony na potrzeby przerw reklamowych w podwójnym seansie tarantinowsko-rodriguezowego „Grindhouse” był tak dobry i tak bardzo spodobał się publiczności, że na fali jego popularności postanowiono dorobić do niego film. Niestety, gotowy produkt nie dorównał „zajebistością” swojej zajawce i w sumie nic by się nie stało, gdyby ”Maczeta” pozostała w postaci przerywnika reklamowego w Grindhouse, wciąż rozpalając wyobraźnię widzów. Kilka dni temu natrafiłem w sieci na prawdziwą perełkę wśród trailerów - zapowiedź filmu „Zombinladen: The Axis of Evil Dead”! Tak drodzy czytelnicy, Osama żyje (znowu) i ma się dobrze, to znaczy na tyle dobrze, na ile dobrze można mieć się jako zombie…


sobota, 1 października 2011

Autor: Karol

Gniew elektronicznego boga

Pojawienie się na polskim rynku takiej mangi jak "Pluto" to wydarzenie wyjątkowe z kilku powodów. Po pierwsze - jest to tytuł (wbrew pozorom) niełatwy i czasem nieprzyjemny, a takie sprzedają się trudno, a wydawcy boją się wprowadzać je na rynek. Po drugie - jest to pierwsza wydana w naszym kraju manga Naoki Urasawy – czołowego humanisty współczesnego japońskiego komiksu, o którego "21st Century Boys" i - przede wszystkim - "Monster" zapewne jeszcze tu napiszę. I po trzecie - jest to historia o robotach, które były na wojnie, a teraz mają z tego powodu koszmary. I wyrzuty sumienia.

Najpopularniejsze posty Fetyszystów