czwartek, 20 października 2011

Autor: Rafał Oświeciński

Ja tu na deszczu, wilki jakieś...

Pojawił się plakat do nowego filmu Joe Carnahana, „The Grey”. O ile sam poster jest średni, tak fabuła brzmi intrygująco - garstka samotnych mężczyzn kontra wataha wilków. Czyli kino survivalowe pełną gębą.


A ja kino wojenne (człowiek versus przyroda) bardzo lubię. Tym bardziej jeśli jest katastrofa (wypadek samolotowy), śnieg (w filmie to Alaska), wygłodniałe zwierzęta (wilki), głód, brak nadziei i samotność. Zazwyczaj wygląda na bardzo dobrze na ekranie, choć granica śmieszności i umowności, demonizowania i przesadzania, nie mówiąc już o zgodności z faktami (nauki przyrodnicze), jest często przekraczana. Czy tak będzie w tym przypadku?

Trudno powiedzieć. Wiadomo, że wilki nie atakują ludzi, chyba że chorują na wściekliznę lub mają absolutny brak bazy żywieniowej. Czy Liam Neeson, etatowy twardziel, dawno nie widziany w większej roli Dermot Mulroney, James Badge Dale ze świetnego serialu „Rubicon” i inni dadzą radę?    


Inni dawali. Co więcej, nie pamiętam nawet wyjątkowo słabych filmów survivalowych. 14 lat temu w „Lekcji przetrwania” Anthony Hopkins uczył krnąbrnego Aleca Baldwina jak przetrwać na… Alasce. Po wypadku samolotowym. Przed wilkami. I niedźwiedziami. Oczywiście zbieżność scenariuszy całkowicie przypadkowa. Do podobnego typu kina należy „Jeremiah Johnson” z Robertem Redfordem z 1973, ale tu już główny bohater sam sobie wybiera dzicz i przyjaźni się z misiem. Podobnie jak bohater „Into the Wild”, tyle że miś przyjaźnić się z nim nie chce. Nie można nie wspomnieć o historii Robinsona Crusoe, szczególnie tej najlepszej, z Piercem Brosnanem w roli głównej, a także „Cast Away” z Hanksem i Wilsonem. Ten ostatni należy zresztą do, powiedzmy, podgatunku survivalowego, gdzie główną rolę, obok katastrofy i przyrody, gra psychika bohatera, jego wola przetrwania, tracona bądź zyskiwania nadzieja. Tutaj koronna konfrontacja odbywa się w głowie, w wyobraźni, w cierpieniu w samotności. Choćby taki „Alive - dramat w Andach” (wypadek samolotowy, góry, śnieg, nie ma wilków), oparty na faktach, gdzie grupa młodych futbolistów próbuje przetrwać w wielkim mrozie. Albo wybitny, może nawet najwybitniejszy dramat survivalowy, „Touching the Void”, gdzie dokumentalna rzeczywistość spotyka się z niesamowitą wolą przetrwania w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. Zeszłoroczne „127 godzin” poszło tą samą drogą, ale w intensywności dramatu, emocjach, podziwie dla bohaterów Danny Boyle historii z „Touching the Void” nie przebił.

Joe Carnahan proponuje zwierzęcy survival. Zapowiadał coś w stylu „Szczęk” i pewnie takiego sensacyjnego akcyjniaka dostaniemy. Spieprzyć temat trudno, bo i obsada dobra (sami twardziele) i śnieg ładnie się prezentuje na ekranie (szczególnie krew na śniegu, a tej będzie pełno).

A propos samego Carnahana. Facet rozmienia się na drobne. Nie żebym nie wierzył w powodzenie „The Grey” ale od kogoś, kto odpowiada za „Narc”, kilka lat temu wymagało się więcej, nie mówiąc już o oczekiwaniach i nadziejach. 



2 komentarze:

  1. Z filmów o podobnych klimatach survivalowych przypomina mi się znakomity film "Człowiek w dziczy" z Richardem Harrisem (podczas polowania człowiek zostaje zaatakowany przez niedźwiedzia i zostawiony przez towarzyszy na pewną śmierć). Dobry jest także film "Śmiertelne polowanie" z Charlesem Bronsonem i Lee Marvinem. A z tych, które wymieniłeś to najlepszy jest bez wątpienia "Jeremiah Johnson" (tylko że w tym filmie nie ma "przyjaźni z misiem").

    OdpowiedzUsuń
  2. Krew? Walka o przetrwanie? Śnieg? To wszystko znajduje się w świetnych proporcjach w filmie "Frozen" z 2010 roku - powiem tylko, że kilkoro młodych ludzi utyka na noc na kolejce górskiej, nadchodzi noc, zimno jak cholera... mocna rzecz! Nic szczególnego nie zdradziłem, trailery pokazują znacznie więcej ;)

    OdpowiedzUsuń

Najpopularniejsze posty Fetyszystów