czwartek, 13 października 2011

Autor: Rafał Oświeciński

Aktorzy dzisiaj, część 1

„Nowe pokolenie aktorów” to nic nie mówiący, rozmazany zwrot, klucz, wytrych i tym podobne farmazony, którymi jesteśmy karmieni co czas jakiś - raz sensownie, innym razem bezsensownie. Ale ja pobawię się w jasnowidzenie. Co mi tam. Mamy bowiem do czynienia z narodzinami nowych gwiazd, pośród których kilka już jasno świeci, inni - i to zdecydowana większość - czeka na role wielkie, największe, co nie jest tożsame z hitowymi (choć idące często oczywiście w parze).


Ale zanim przyjrzymy się tym najmłodszym w Hollywood (i peryferiach), przypomnijmy sobie tych obecnych, którzy dowiedli już swej klasy wielokrotnie, są lubiani, wciąż doceniani, a ich nazwisko, choć nie zawsze umieszczane w hitach kasowych, zwiastuje zawsze wysoki poziom aktorstwa, nawet jeśli sam film niekoniecznie jest udany.

Skupiam się tylko na aktorach i to tych anglojęzycznych, bo raz, że i tak wybór jest olbrzymi i potrzebne jakieś ograniczenie, a dwa - na kobiety przyjdzie czas. Mężczyźni przodem. 

Na początek starszyzna, czyli ci, którzy największe role mają za sobą i z dużym prawdopodobieństwem nie przeskoczą zawieszonej przez siebie poprzeczki.

Al Pacino (71) - ostatnia wielka rola to „Kupiec wenecki” z 2004 r., czyli duża zniżka formy w ostatnich latach i brak dobrych filmów w dorobku.
Robert de Niro (68) - od wielu lat pałęta się po średniej jakości filmidłach, które wpadają na ekrany, znikają i wszyscy o nich zapominają. Rozmienia się na drobne.
Jack Nicholson (74) - od czasu przeszarżowanej roli w “The Departed” pojawił się w dwóch komediach romantycznych. I tyle.
Anthony Hopkins (74) - ostatnio same role drugoplanowe w wielkobudżetowym kinie („Wilkołak”, „Thor”, „Beowulf”) i jedna główna w średniej jakości horrorze („The rite”)
Dustin Hoffman (74)  - również niewidoczny na dużym ekranie, choć przyszłoroczny “Luck” od HBO na pewno dowiedzie wysokiej klasy Dustina.
Morgan Freeman (74) - mam wrażenie, że to etatowy narrator filmowy, którego obecność sprowadza się do asystowania na drugim planie w roli mędrca.
Michael Caine (78) - świetna rola w “Harry Brown” dowiodła, że facet ma jeszcze wiele do zaoferowania.
Clint Eastwood (81) - przede wszystkim reżyseruje (z różnym skutkiem, choć nigdy poniżej szkolnej „czwórki”), a jak występuje, to tylko w swoich filmach, ostatnio w wielka rola w wielkim „Gran Torino”
Jeremy Irons (63) - ostatnio bryluje w demonicznej roli w „Rodzinie Borgiów”, a w kinie tylko sobie doarabia występani w „Królestwie niebieskim” , „Eragonie” czy „Różowej Panterze”.
Gene Hackman (81) - od 7 lat na emeryturze. Szkoda.
Jeff Bridges (62) - kiepskie 10 lat po „Big Lebowskim” z 1998r. odkupuje sobie z nawiązką. Najpierw niespodziewany Oscar za znakomitą rolę w „Crazy Heart”, rok później nominacja za „Prawdziwe męstwo”. Teraz czas na blockbustery - Tron, RIPD i kilka innych w planach.
Arnold Schwarzenegger (64) - kino go straciło z oczu, ale powraca, Arnie powraca z politycznych zaświatów! Przyszły rok to duża rola w "Niezniszczalnych 2", a 2013 to "The last stand", czyli klasyczny actioner, w którym Arnie-szeryf będzie rozpierdzielał gangi narkotykowe. Lubię to. 
Sylwester Stallone (65) - choć, podobnie jak u Arniego, mieśnie zwiotczały, to jednak Sylwek trzyma się mocno. Udanie reżyseruje i pozostaje wierny swojemu wizerunkowi. I dobrze. Przyszły rok to oczywiście "Nizniszczalni 2", ale i główna rola w sensacyjnym "Bullet to the head" Waltera Hilla. 

Pogubił się kompletnie.
Czy rola Berniego Madoffa będzie adekwatna do talentu, jaki posiada?

Mamy też średnie pokolenie aktorów, powiedzmy blisko 50. roku życia, którzy wiele już udowodnili, część z nich opus magnum aktorstwa ma z sobą, ale możemy jeszcze liczyć na wielkie role w ich wykonaniu, być może nawet te największe. 

Ralph Fiennes (49) - ostatnio znany z roli Voldemorta. Próbuje reżyserii („Coriolanus”) z podobno bardzo dobrym skutkiem.
Sean Penn (51) - wielki aktor, polityczny aktywista, prawie każdego roku wielkie role. W 2011 przebiera się za podstarzałego gwiazdora w „This must be the place”. Oscar?  
Tom Hanks (55) - w latach 90. ulubiona gwiazda Amerykanów obecnie trochę z boku. Próbuje reżyserować („Larry Crowne”), ale kompletnie nieudanie. 
Tom Cruise (49) - na Gwiazdkę serwuje czwartą część misji niemożliwej do wykonania (wbrew pozorom nieźle się zapowiadającej). W planach, odważne jak na TC, „Rock of Ages” i kilka innych ciekawych projektów.
Daniel Day-Lewis (54) - gra raz na kilka lat. I zawsze wybitny. Za rok zobaczymy go w „Lincolnie” Spielberga. Na pewno ścisła czołówka aktorstwa filmowego.
Russel Crowe (47) - solidny, ale poprzeczki wyznaczonej przez Scotta i Manna nie przeskakuje. Obecność w rimejkowanym Supermanie na pewno mu nie pomoże. Ale już nowa wersja "Nędzników" - już tak. 
George Clooney (50) - na fali. Reżyseruje („Idy marcowe”), gra („The Descendants”). Innymi słowy - mierzy wysoko, ambitnie i nie boi się niczego.
Kevin Spacey (52) - ostatnio przeciętna rola w „Horrible Bosses” i wybitny narracja w wybitnym „Moon”. Wciąż stoi gdzieś z boku.
Mel Gibson (55) - coraz rzadziej na ekranie (wielka szkoda!), ale za to gdy się pojawia od razu magnetyzuje (znakomity w „The Beaver”), nawet jeśli film jest najwyżej średni (jak choćby w „Edge of Darkness”). 
Nicholas Cage (47) - raz na 10 projektów trafi mu się perełka, po pojawieniu się której wraca znowu do najgorszego typu kina, czyli idiotycznych blockbusterów. Podobno ma problemy z kasą. No cóż, czy ma to go usprawiedliwiać?
Denzel Washington (57)- średnie filmy, średnie role. Kto lubi Denzela, ten filmy polubi. Kto nie lubi, dla tego Denzel jest nie do zauważenia.
Brad Pitt (48) - różnorodność ról, unikanie większych wpadek scenariuszowych - Pitt jest wielki i wciąż czeka na potwierdzenie wielkości. Może „Moneyball”? Może „Cogan’s Trade”? Może “World War Z”? Każdy z tytułów brzmi świetnie.
Johnny Depp (48) - nie wiem jak Wam, ale mi się Depp znudził. Koleś powinien na jakiś czas odstawić na bok Burtona i Sparrowa i zacząć eksperymentować z własnym emploi. Czy „The Rum Diary” pozwoli na inne spojrzenie na Deppa?
Bruce Willis (56) - gdzieś się koleś pogubił. Od „Niezniszczalnego” z 2000r. nie pojawił się w dobrym filmie w głównej roli. Przypominacie sobie jakiekolwiek tytuły, prócz „DH 4.0” i występów obok innych gwiazd w „Sin City” czy „RED”? No właśnie, ja też nie. Zapowiedziane piąte wcielenie McClane'a brzmi co najmniej tandetnie. 

Ambitny, pracowity, wciąż poszukujący,
grający, reżyserujący (ze świetnym skutkiem)


Mamy także tych młodszych, powiedzmy bliskich czterdziestki, którzy, podobnie jak ci powyżej, udowodnili już wiele, mają rzesze zwolenników, kilka znakomitych filmów na koncie, ale wisienka na torcie jeszcze przed nimi (i widzami). Są zresztą na tyle młodzi, że mają jeszcze co najmniej 20 lat na udowodnienie światu swojej wybitności (choć kilku z nich udowadnia to od lat). Na szerokie wody wypłynęli na przełomie wieków.

Edward Norton (42) - koleś zniknął. Oprócz “Hulka” z 2008 nie pojawił się w kinie mainstreamowym, bo niewielu zna “Pride & Glory”, no nie? Całe szczęście, że Wes Anderson wziął go do „Moonrise Kingdom”.
Ewan McGregor (40) - solidny, acz popadający w przeciętność. Staje się takim aktorem mało przeszkadzającym w oglądaniu. Niczym nie zaskakuje, gra w niezłych filmach ("Salmon fishing in Yemen" Hallstroma, "Jack the Giant Killer" Singera)
Christian Bale (37) - lubiany, doceniany, nieźle łączący ambicję („Fighter”, „I’m not there”, „Public Enemies”) z mainstreamem (Batmany). Chyba wszyscy przyzwyczaili się do dużej klasy Bale’a, choć zdarzają mu się wielkie wpadki (T4).  
Leonardo di Caprio (37) - wciąż udowadnia wszystkim jak wielki potrafi być, jak dobrze potrafi zagrać. Niektórzy doceniają jego wysiłki, ale wielu wciąż w nim widzi Leosia, nawet pod makijażem starca („J.Edgar”). Eastwood da mu w przyszłym roku Oscara? Wiele na to wskazuje.
Robert Downey Jr (44) - Sherlocki, Iron Many i Avangersi - to z nimi przede wszystkim romansuje Downey Jr. Dobre role, choć na jedno kopyto. Taka jest już gra Roberta. Mel Gibson też gra podobnie - i co z tego?
Matt Damon (41) - ma nosa do niezłych projektów („The Adjustement Bureau”), współpracuje z ciekawymi ludźmi (Soderbergh, bracia Coen, Greengrass, Crowe, Blomkamp). Stara się, choć wybitnych ról w jego filmografii brak.
Clive Owen (47) - ciekawy aktor w ciekawych, niebanalnych filmach („Children of Men”, „The international”), który wciąż czeka na większe aktorskie wyzwanie.
Gerard Butler (42) - Spartaaaa! Stuningowana wersja Russela Crowe, choć nie tak uzdolniona dramatycznie. Jednak wiele przed nim, a że patrzy się na Gerarda bezproblemowo, to wypada mu życzyć wszystkiego najlepszego.
W ramach bonusu:
Viggo Mortensen (53) - chyba jako jedyny z ekipy „Władcy Pierścieni” wciąż pnie się do góry, nie boi się aktorskich wyzwań, zaskakuje. Ostatnio współpracuje z Davidem Cronenbergiem, ale i rola w  „The Road” była udana, a już niedługo pokaże się u Sallesa w „W drodze” na podstawie powieści Kerouaca.

W obwodzie: Eric Bana, William H. Macy, John C. Reilly.

Jeden z najbardziej docenianych aktorów, według niektórych przeceniany,
według innych - niedostatecznie doceniony




17 komentarzy:

  1. Jeszcze nie skończyłem czytać, ale tak na szybko - pisanie o Stallone, że "mięśnie mu zwiotczały podobnie jak Arniemu", mija się z prawdą - Sly wciąż ostro pakuje i jak na 65-latka wygląda doskonale i na pewno nie zwiotczał:
    http://www.youtube.com/watch?v=pl3BekaKNCY&feature=related

    OdpowiedzUsuń
  2. Dux ma rację. Des też, z Deppem na ten przykład. Cholera jest facet do wyrzygania. Choć talent ma. Najbardziej lubię go oglądać w Edwardzie Nożycorękim. A najbardziej trzymam kciuki za Fiennesa, mam nadzieję, że najlepsze dopiero przed nim.

    OdpowiedzUsuń
  3. odkrycia, a gdzie już-nie-odkrycia? (cilliany murphy, ryany goslingi, josephy gordon-levitty...)
    tak w ogóle to patrzę na twoją listę i uświadamiam sobie, że większość tych gości NAPRAWDĘ MNIE NIE OBCHODZI (w sensie przyszłości, nie klasyki). wyjątki: irons, eastwood, macy, c. reilly. ach, i zgubiłeś seymoura hoffmana (który skądinąd debiutuje na stołku reżyserskim).

    OdpowiedzUsuń
  4. Sylwek jest napakowany, ale widać w nim przepakowanie, choć to czysto subiektywny pogląd, podyktowany ogólnego typu estetyką :)
    Z typów wkurzających wybija się powoli Downey Jr., który jest bardzo ok, ale w ostatnich lata trzyma się jednego wizerunku. Szkoda, bo że umie więcej, to Zodiak pokazał.

    OdpowiedzUsuń
  5. artu, jutro będą [patrz: ostatni wers wpisu]

    OdpowiedzUsuń
  6. no tak, ale trudno mówić, by taki murphy i gosling byli "najnowszymi odkryciami aktorskimi". nowy to jest fassbender, cumberbatch jest nowy...

    OdpowiedzUsuń
  7. ok, można i tak, ale "nowy" i "nienowy" to też kwestia oceny skali ich obecnych osiągnięć, potencjału + wiek, który odgrywa istotną rolę. Tak wybrałem, tak posegregowałem, dziesiątki nazwisk pominąłem :)

    OdpowiedzUsuń
  8. W pytę wpisik :) Chciałem jednak nawiązać do trzech nazwisk:

    - Eastwood - reżyseruje świetnie, ale "wielka rola" w Gran Torino? Rola gościa z wyrazem twarzy przy rozwolnieniu?!

    - Robert Downey Jr - komiksy to jedno, ale gość to dla mnie świetnie zagrany, zapijaczony dziennikarz z "Zodiaka".

    - Robert de Niro - smutne, ale prawdziwe. Od czasu "Jackie Brown" mój ulubiony aktor wyrabia takie rzeczy, że żal patrzeć. Miał jednak ostatnio dwie fajne role na drugim planie - kapitana w "Stardust" no i senatora w "Machete" :)

    OdpowiedzUsuń
  9. @ des
    "ok, można i tak, ale "nowy" i "nienowy" to też kwestia oceny skali ich obecnych osiągnięć, potencjału + wiek, który odgrywa istotną rolę."

    no tak, ale nie zestawisz "młodych", którzy pojawili się dziesięć lat temu, z tymi sprzed 2-3 lat. stąd moje delikatne ale. zobaczymy po cdn.:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Pacino zaliczył dobry występ w "You don't know Jack", głośnym docenianym filmie telewizyjnym HBO, a był jeszcze bardzo dobry występ w "Aniołach w Ameryce". Więc tak trochę na wyrost, choć kinowo faktycznie cienko przędzie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jakieś 70% tych nazwisk to naprawdę dobrzy aktorzy, którzy gdyby zostali zaangażowani w jakiś porządny projekt, to przywaliliby z grubej rury i jakoś pchali to kino do przodu, niestety ceni się i gra same ciekawe role tylko paru z nich.

    OdpowiedzUsuń
  12. ja bym powiedział, że nie 70%, a 100% z nich już praktycznie udowodniło, że mają nieprzeciętny talent.

    OdpowiedzUsuń
  13. Hmm, pomysł może i zacny, ale po łebkach - jak na Ciebie Des, to wyszła niezła chałtura (patrz wpadki ze Sly'em czy Hoffmanem, który przecież co chwila gdzieś się pojawia, choć często na drugim planie, to jednak wciąż gra świetnie i tryska energią, a projekty ma różnorodne; bo o tych pominiętych, już nie wspominam). Oby z aktorkami poszło lepiej ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. ale to nie mialo nie byc po lebkach, anonimie. zbyt wiele nazwisk i jasne, ze wiele pominalem. to szybki przeglad nie precyzyjny wglad w dzisiejsze stany gwiazdorskie. 1,2 zdania na temat, zaden elaborat.
    co do pominietych nazwisk jeszcze. zdaje sobie sprawe, ze nie wspomnialem o hoffmanie, bardemie, carreyu, gleesonie, c.hallu, mcshane, dafoe, sheenie i w cholere wielu, wieku innych. to nie almanach jednak, wiec moge sobie pozwolic na zagranie na nosie wobec oczekiwan, czyz nie ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Mi brakuje najbardziej Seana Connery'ego :) Podobno Clint Eastwood ma wkrótce zagrać w debiucie reżyserskim Roberta Lorenza "Trouble with the Curve".

    OdpowiedzUsuń

Najpopularniejsze posty Fetyszystów