piątek, 14 października 2011

Autor: Rafał Oświeciński

Aktorzy dzisiaj, część 2

Czas na odkrycia ostatnich lat. Przed paroma laty ich nazwiska  - w większości - nikomu nic nie mówiły: dopiero rozpoczynali kariery aktorskie, łapali się małych projektów występując gdzieś na drugim planie, ewentualnie występowali w roli dzieciaków w serialach tv. W pewnym momencie nastąpił przełom - główna rola w filmie, którego sukcesu nikt się nie spodziewał, a jednak i ich poziom aktorstwa, i jakość fabuły przesądziły o otwarciu drzwi do sławy, jakkolwiek by ona oceniana nie była.


To te nazwiska będą wyznaczały kinematograficzne trendy. To ci aktorzy będą pojawiali się w największych hitach, będą zgarniali nominację do Oscarów. I to wśród nich mamy tych, którzy za 20-30 lat będą traktowani jako żywi klasycy współczesnego kina. Owszem, wśród nich są i tacy, którzy z pewnością szybko znikną, publiczność o nich zapomni, a oni sami będą żyli wspomnieniami swych największych (dzisiejszych) sukcesów. Niemniej warto przyglądać się ich karierze, wyborom, sukcesom i porażkom. Nie jest to pełna lista - bo ta musiałaby być kilkukrotnie dłuższa -  ale mój subiektywny wybór.

Brałem pod uwagę i dzisiejsze osiągnięcia,  i wiek (trzydziestka i okolice, z kilkoma wyjątkami)
Ostatnie odkrycia:

Tom Hardy (34) - mięśniak, brutal, poeta, fanatyk? Wszystkim tym był w „Bronsonie” i był znakomity, przekonywujący. Tegorocznym „Warriorem” podobno pokazuje wielkie bicepsy, ale i wielką klasę, a przecież jeszcze przed nami występ u Hillcoata w "The Wettest Country in the World" i - oczywiście - u Nolana w „The Dark Knight Rises”, gdzie zagra głównego przeciwnika Batmana. I to wywindować może go na sam szczyt. 


Michael Fassbender (34) - przełomowa rola w „Głodzie” to jedna z najwybitniejszych kreacji ostatnich lat. To on był najlepszy w odświeżonych X-Menach. To on podobno hipnotyzuje we „Wstydzie”. To on gra główne skrzypce w nadchodzącym „Prometeuszu” Ridleya Scotta oraz pojawi się na drugim biegunie kina, czyli u Jima Jarmuscha. Jak tak dalej pójdzie, to właśnie jesteśmy świadkami narodzin jednej z najjaśniejszych gwiazd współczesnego Hollywood, która nie boi się żadnych aktorskich wyzwań. 

Michael Shannon (37) - ostatnio w znakomitej roli zimnokrwistego agenta Nelsona van Aldena w “Boardwalk Empire”, a już za chwilę w roli bad guya w rimejkowanym obecnie Supermanie. Podobno jeden z faworytów do Oscara za „Take shelter”. I - last but not least - zostanie Ryszardem Kuklińskim w "The Iceman", więc w Polsce będzie przez jakiś czas wyjątkowo popularny. 
James McAvoy (32) - ma w sobie i luz, i nonszalancję, i powagę angielskiego gentlemana. Świetny w przełomowej roli w „Pokucie”, nie popsuł swego dopiero rodzącego się wizerunku w „Wanted”, znakomicie - wbrew złośliwym oczekiwaniom - wypadł w „X-Men: First Class” i u Redforda w „Konspiratorze”. Przed nim kilka ciekawych, ambitniejszych projektów, w tym w „Trance” Boyle’a.
Ryan Gosling (31) - wiem, wiem, on dał się poznać już 10 lat temu genialną rolą w „Fanatyku”. Do dzisiaj błąkał się po kinie niezależnym (do tego świetnych tytułach, żeby wymienić tylko „Lars and the Real Girl”, "Blue Valentine", "Stay") - i dobrze, bo to od niego wymagało znacznie więcej niż występy w blockbusterach. „Drive”, „Idy marcowe”, „Kocha, lubi, szanuje” - rok 2011 należy do Ryana, nawet jeśli żaden z tytułów nie zawojuje/zawojował kin. Jeśli tylko nie zacznie długotrwałego romansu z Hollywood - będzie dobrze. Niedługo wraca do współpracy z Refnem.  

Emile Hirsch (26) - po wyśmienitej roli w „Into the Wild” pojawił się w mało wymagającym „Speed Racerze”. Po znakomitym występie w „Milku” w tym roku pojawi się w „The Darkest Hour”, wyglądającym co najmniej koszmarnie, oraz w „Killer Joe” zapowiadającym się wybornie. Czyli dziwnego typu sinusoida, która nie pozwala do końca temu gościu, o proweniencji zbuntowanego młodziaka, wybić się tak, jak na to zasługuje.

Dominic Cumberbatch (35) - przede wszystkim genialny w roli Sherlocka Holmesa we współczesnej adaptacji BBC. Charakterystyczna uroda, niezwykłe nazwisko nie przeszkadzają mu w niczym, bo już za chwilę będzie i w „War Horse” Spielberga, „Hobbitach” Jacksona (głos Smauga) oraz oczekiwanym przez chyba wszystkich „Tinker Tailor Soldier Spy”.
Jeremy Renner (40) - gra od wielu lat, ale dopiero “The Hurt Locker” był przełomem. Obecnie obsadzany w rolach twardzieli - „The Town”, „Thor”/”The Avengers”, „Mission Impossible IV”. Na pewno za szybko go zaszufladkowano, ale mimo wszystko nawet w schematycznych rolach wypada bardzo dobrze. Przyszłość potwierdza obecny wizerunek - Renner będzie nowym Bournem. 
Nicholas Hoult (22) - jako dzieciak był równorzędnym partnerem dla Hugh Granta w świetnym „About a boy”. Później wystąpił w pierwszym sezonie „Skins”. Teraz czas na Bestię w „X-men”. Niby nic, a jednak koleś jest dość intrygujący. W przyszłym roku zobaczymy go u Singera w “Jack the Giant Killer” z McGregorem i McShanem obok.
Sam Worthington (35) - przede wszystkim blockbustery: “Avatar”, “T4”, “Starcie tytanów”. I już wkrótce ich sequele. Ale nie wierzę w to, że Worthington, wykształcony aktor (!), nie ma ambicji pokazania się z lepszej, bardziej wymagającej strony. Czy „Texas Killing Fields”, „Man od ledge”, „Drift” będą szansą na zmianę dotychczasowego emploi? Myślę, że tak.
Joseph Gordon-Levitt (30) - znakomity w „(500) Days of Summer”, chyba najlepszym komromie ostatnich lat, jeszcze lepszy w „Hesher”, przykuwający uwagę w „Incepcji”. Bardzo dobrze dobiera projekty mainstreamowe (kolejny Batman, „Lincoln”) ale i te bardziej offowe („50/50”, „Looper”, „Premium rush” z Michaelem Shannonem).
Justin Timberlake (30) - gość jest skazany na sukces. Już pomijając jego boysbandową historię, bardzo udaną solową karierę, przejęcie MySpace i wiele innych projektów, w które JT jest zaangażowany, to kino również się o niego upomniało. Co więcej - z niezłym skutkiem. Znaczy: Justin nie przeszkadza, nie irytuje, nie sprawia wrażenia przypadkowego gościa na planie. Gra dobrze w niezłych filmach. „The Social Network” i„Alpha dog” były drugoplanową rozgrzewką. W tym roku udanie wystąpił w „To tylko seks”. I na pewno nie powiedział ostatniego zdania („In Time” smakowicie się zapowiada).

Jamie Bell (25) - oczywiście Billy Elliott, wybitna kreacja w pamiętnym filmie Daldry’ego. Potem był „King Kong”, teraz czas na główną rolę w „Tintinie” Spielberga. Tyle z blockbusterów.  Jednak JB nie próżnuje - wystąpił w „Jane Eyre” obok Fassbendera, za chwilę z Worthingtonem pojawi się w „Man on the ledge”, a w 2012 w ekranizacji „Ohydy” Irvine Welsha (tego od "Trainspotting"), obok McAvoya, Gleesona, Cumminga i Toby’ego Jonesa. 

Cillian Murphy (35) - zawsze będzie kojarzył mi się z demoniczną rolą w "Red Eye" Cravena, niemniej to diabelsko zdolny aktor, który wciąż czeka na wielką rolę w kinie mainstreamowym (bo za takie "Wiatr buszujący w zbożu" Loacha uważany być nie może, nawet jeśli rola Cilliana była rewelacyjna). Już niedługo Murphy-hipis będzie błąkał się po Londynie ("Hippie Hippie Shake"), w czasie ("In Time" Niccola) i oczywiście u Nolana w nowym Batmanie.

James Franco (33) - przełomem była rola kochanka Harveya Milka. W zeszłym roku pojawił się w "127 godzin" Boyle'a - i było to potwierdzenie wysokiej formy Franco, zwieńczone nominacją do Oscara. Ten rok to przyzwoita rola w zaskakująco dobrej "Genezie planety małp". Wreszcie Franco dostaje szansę na pokazanie swego talentu, innego niż komediowy - niedługo pokaże się w "Maladies" w roli skrzywionego psychiczne gościa (to role nośne oscarowo), a już za chwilę będzie uzależnionym od koki adwokatem ("Cherry") i Ozem w prequelu "Czarnoksiężnika z krainy Oz", który będzie robiony przez Sama Raimiego. A jeszcze jest wiele innych projektów. Innymi słowy to jeden z najbardziej zajętych obecnie aktorów. Ale czy przełoży się to na jakość ról?

Casey Affleck (36) - młodszy, zdecydowanie bardziej uzdolniony brat Bena. Po raz pierwszy, tak wyraźnie (bo gra już od wielu lat), dał się poznać w wyjątkowej roli w niezwykłym westernie "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda", gdzie przyćmił samego Pitta. Następnie wystąpił u brata w "Gone baby gone", a w zeszłym roku w "The killer inside me" Winterbottoma, w podobno odważnej i doskonałej roli (choć sam film został zignorowany). Teraz szykuje się do roli archanioła Gabriela w ekranizacji "Raju utraconego". 

Bonus, czyli trochę starsi, ale dopiero wchodzą na salony.

Rainn Wilson (45) - wiem, wiem, Rainn wciąż będzie miał twarz Dwighta Schrute, ale nie zapominajmy, że zawsze może zdjąć okulary, przebrać się i zmienić uczesanie. Na pewno dobór freakowatych ról nie pomaga w rozwoju, choć w nich Rainn jest bezkonkurencyjny (ostatnio super w „Super”, a jakiś czas temu w znakomity w „Six Feet Under”). Niemniej już rola w „Hesher” zwiastuje coś nowego, innego, zaskakującego. Facet zasługuje na więcej szans. 

Christoph Waltz (55) - niemłody już aktor, który doświadczenie zbierał na deskach niemieckich teatrów i na małym ekranie. Dla kina odkrył go Tarantino. I wszyscy powinni mu być za to dozgonnie wdzięczni, bo Waltz przyciąga jak magnes. Agenci rzucają  jednak Christopha po ryzykownych projektach („Trzej muszkieterowie”, „Green hornet”), całe szczęście, że upomina się o niego i Polański („Rzeź”) i znowu Tarantino („Django unchained”)


Widzicie jeszcze jakieś nazwiska rokujące duże nadzieje na przyszłość?

Część pierwsza artykułu ->

11 komentarzy:

  1. Christopha Waltza odkrył już wcześniej Krzysztof Zanussi, obsadzając w głównej roli w filmie "Życie za życie" (Waltz mówił w tym filmie głosem Adama Ferencego).

    Niestety Fassbendera widziałem tylko w "Bękartach wojny" i jakoś nie zapadł mi głęboko w pamięć.

    Nie kojarzę w ogóle Cumberbatcha, Houlta, Rainna Wilsona ani Shannona, chociaż jak przeglądałem filmografię tego ostatniego to zauważyłem, że niektóre filmy z jego udziałem oglądałem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Shannon pozamiatał przede wszystkim w genialnym "Revolutionary Road" Sama Mendesa!

    OdpowiedzUsuń
  3. mi brakuje paula dano- imho jednego z bardziej obiecujacych aktorow mlodego pokolenia. des zapomniales czy po prostu niezmiescil sie do twego subiektywnego zestawienia ;)

    /piwon

    OdpowiedzUsuń
  4. myślałem o Dano, ale prócz "There Will Be Blood" nic nie przychodzi mi do głowy, a patrząc na jego przyszłe projekty również nie wygląda to jakoś intrygująco.

    OdpowiedzUsuń
  5. mala miss? gigantyczny? dobre serce? no i to jak wprost ukradl na swoj moment ekran w kowbojach i obcych?

    /piwon

    OdpowiedzUsuń
  6. Paul Dano - L.I.E., Little Miss Sunshine, i The Good Heart, którego nie widziałam (pana od Noiego). Ach, i jeszcze głos podkładał w Where the Wild Thing Are. Nie czytam zbyt dużo o przyszłych projektach, ale tak czy inaczej wydaje mi się niesłusznie pominiętym :)

    A teraz kilka uwag:)

    Cumberbatch - bardzo cieszy mnie jego miejsce w zestawieniu (ach i to zdjęcie!), ale... na imię mu Benedict :)

    Nicholas Hoult - grał w dwóch pierwszych sezonach Skins. no i w Samotnym mężczyźnie (hicior przecież)

    Joseph Gordon-Levitt - pojawił się na długo przed 500 dniami, po jakimś tasiemcu w latach 90. wymiótł w dwóch hiciorach kina niezależnego, czyli Mysterious Skin i Brick

    Justin Timberlake - Southland Tales!

    Jamie Bell - nie wierzę, desjudi zapomniał o Dear Wendy Vinterberga i von Triera?

    Cillian Murphy - Śniadanie na Plutonie? przy okazji polecam Peacock - ciekawa wariacja na temat Psychozy, a Cillian znowu odkrywa swoje kobiece oblicze

    Co do Fassbendera, życzę mu aby jak najszybciej nakręcił Prometeusza, a potem nie ruszał się z Europy... Jest zbyt dobry. Szkoda go.

    OdpowiedzUsuń
  7. za pominięcia i niepamięć - sorry. Nie robiłem dokładnego insightu, ot tylko tyle, ile pamięć pozwala plus powierzchowne spojrzenie na przyszłość. Więc: Gordon-Levitt grał w "Trzeciej planecie od słońca", ale dla mnie dopiero 500 dni go odkryło dla świata. Bell - zapomniałem o Wendy, bo jakoś w swoim czasie tego filmu nie doceniłem, dlatego uwiąd pamięci jest mam nadzieję usprawiedliwiony :) Cillian - ani Plutona, ani Peacocka nie widziałem. Fassbender - nei ma szans, Hollywood ge wessie, ale miejmy nadzieję, że aktorskiej dojrzałości, zaangażowania, ekranowego magnetyzmu nie straci.

    OdpowiedzUsuń
  8. nie widziałeś Śniadania na Plutonie?? ale jak?? :D

    Fassbender - bądźmy dobrej myśli no. oprócz Prometeusza zapowiada nowego Jarmuscha i McQueena, ja jestem dobrej myśli. co do aktorskiej dojrzałości i zaangażowania - to w Hollywood po prostu nie ma możliwości na taką dojrzałość i takie zaangażowanie (nie liczę seriali). role typu Joker zdarzają się raz na dekadę. Michael, trzymaj się Europy!

    OdpowiedzUsuń
  9. Shannona nie widziałem jeszcze w żadnym filmie, a przynajmniej nie bardzo go kojarze. Aczkolwiek niebawem pojawi się na ekranach kin jako ZOD (jedna z moich ulubionych postaci filmowych). Ciekawi mnie czy dorówna genialnym w tej roli Callumowi Blue i Terrance'owi Stampowi. Oby.

    N. Houlta kojarze jedynie ze "Skinsów" gdzie odwalił solidną robote ;) Świetna rola ;)

    James Franco kojarzy mi sie najbardziej z rolą J. Deana, aczkolwiek widziałem go też w Spidermanach Raimiego i 127 Godzinach. Bardzo podobał mi się na gali tegorocznych Oscarów.

    Ch. Waltz w Bękartach bezbłędny, aczkolwiek lepiej wypadł wg mnie Brad Pitt.


    Z takich mlodych lecz mniej znanych aktorów bardzo podoba mi sie niewymieniony w artykule JACK O'CONNEL (IV). Naprawde bardzo utalentowany młodzieniec. Świetne role w Eden Lake i Skins. Nawet postanowiłem sobie zrobic identyczny tatuaż na żebrach jak on ... ; )

    OdpowiedzUsuń
  10. Do powyższego zestawienia pasują jeszcze m.in Anton Yelchin, Andrew Garfield i Jessie Eisenberg.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja bym dodała jeszcze Chrisa Colfera, ale w Polsce jeszcze mało się o nim mówi (bo mało kto ogląda Glee) i ma dopiero 21 lat. Ale jak tak dalej pójdzie (Hollywood go nie zeżre), to będzie naprawdę wielkim aktorem. Chyba że wybierze bycie scenarzystą/pisarzem/reżyserem/producentem, bo to bardziej go ciągnie.

    OdpowiedzUsuń

Najpopularniejsze posty Fetyszystów