poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Autor: Rafał Oświeciński

Takie cuda tylko polskie

Dzisiaj nagłówki Rzeczpospolitej i serwisu Gazeta.pl świecą neonem „Polski cud w Hollywood”. Ki diabeł? Jak na razie doliczyłem się trzech cudów ojczystych na celuloidzie jankeskim - Janusza Kamińskiego, Sławomira Idziaka i Yolę Czaderską-Hayek. Czyżby pojawiły się kolejne? Gdzie, co, kto, jak? 



Oto w czym rzecz i z jakiego powodu puszą pierś rodzimi dziennikarze. Chodzi o polskich producentów, którzy coraz chętniej dorzucają się do budżetów hollywoodzkich produkcji. Niejaki Konrad Wejterkowski z firmy MCSI, którego Puls Biznesu określał niedawno „biznesowym celebrytą”, podniecił się perspektywą wyłożenia kasy na hity amerykańskie tak bardzo, że chyba zapomniał - albo liczył, że inni zapomnieli, w tym Celuloidowi Fetyszyści - w co facet próbuje grać. Nie przeczę, że na filmach da się zarabiać. Nie mówię, że ktokolwiek ma się czegokolwiek wstydzić. Niemniej newsy brzmią co najmniej śmiesznie w kontekście informacji wspomnianego wcześniej Pulsu Biznesu (wiadomość ze stycznia tego roku): 

Sąd zdecydował, że spółka ma sprzedać swój majątek na poczet 60 mln zł długów.  
Pytanie, czy jest co sprzedawać. Konrad Wojterkowski, założyciel i prezes informatycznej spółki MCSI, jeszcze do niedawna miał życie jak w Madrycie. Nazwisko na listach najbogatszych Polaków, superszybkie samochody, jak Aston Martin, pogawędki z premierem Tuskiem. A do tego domowe imprezy z najpiękniejszymi kobietami w mieście i Billem Murrayem myjącym kieliszki po małym co nieco w luksusowym apartamencie Wojterkowskiego na Mokotowie. Jednak w ostatnich latach błyskotliwa kariera znanego na warszawskich salonach biznesmena miała drugie dno. Okazuje się, że wystawne życie było na kredyt. Niespłacony. Warszawski sąd właśnie ogłosił upadłość likwidacyjną zadłużonego MCSI. Biznesmen może się odwoływać, choć nie ukrywa, że MCSI jest w fatalnej kondycji.— Przegrałem dużo na giełdzie, stąd kłopoty spółki — tłumaczył przed sądem Konrad Wojterkowski, przeciwko któremu toczy się też sprawa o zakazanie prowadzenia działalności gospodarczej.

O Wejterkowskim-pisarzu i jego długach można poczytać również tutaj:  http://ludzie.pb.pl/konrad-wojterkowski/2473119,12840,wojterkowski-pisze-ksiazke-banki-machnely-reka

Wejterkowski założył więc inną spółkę, MCSI Films, i wyprodukował bodajże jeden film, „Get Low”, dokładając od siebie 4% z całego budżetu (ćwierć bańki z siedmiu). Film zarobił globalnie 9 baniek, więc rzeczywiście wyszedł na plusie. 


O zbieraniu kasy na produkcję i takich tam długach (oj tam, oj tam): http://ludzie.pb.pl/konrad-wojterkowski/2285297,52591,mcsi-films-wciaz-bez-gieldowej-premiery

Teraz facet chce więcej. 
– Od producenta „Pulp Fiction" dostałem scenariusz nowego filmu z Anthonym Hopkinsem – mówi „Rz" Konrad Wojterkowski. – Myślę, że w to wejdę.
Czyli od kogo? Braci Weinstein? W co wejdzie i jak? Mam wrażenie, że to tylko paplanina PR-owa, biznesowy lans, i to służący nie wiadomo czemu. 

Artykuł w Rzeczpospolitej wspomina jeszcze o Grzegorzu Hajdarowiczu (słynny autor nieodżałowanego zabicia „Przekroju”), który ma rozmawiać z Garym Oldmanem na temat zaangażowania w „Criminal Empire for Dummy's”. Według IMDb film jest już ukończony, a całość wygląda na idealnego kandydata „straight-to-dvd”. Jest się czym chwalić. 
Co więcej, podobno polscy producenci już niedługo zaskoczą nas produkcją filmu z wielką australijską gwiazdą: Russellem Crowem, Erikiem Baną lub Geoffreyem Rushem. Czekamy, czekamy, zacieramy ręce. 

O co jednak całe halo? Czyżby to kwestia inwestycji w coś, co przyniesie wymierne korzyści (zyski) w szybkim czasie? Nie wiem jednak, czy polscy producenci mają się czym chwalić, bo i zyskowność dzięki ich udziałowi nie jest porażająca, ba! sam udział jest jedynie symboliczny.  Czyżby więc symbole miały świadczyć o potędze rodzimych przedsiębiorców? Czy to na ich podstawie będzie budowana przyszłość polskiej myśli przedsiębiorczej?  Co więcej, sypnięcie groszem, nawet kilkuprocentowym w skali całego przedsięwzięcia, nie powinno spotykać na swej drodze oporu twórców ciułających kasę na swój film. No bo jak ktoś może nie chcieć dostać kasy na swój film? Myślę, że nawet Steven Spielberg by się nie pogniewał, wszak pieniądz nie śmierdzi, czyż nie? Gdzie jest więc to spektakularne osiągnięcie, którym media zdają się karmić swych czytelników?

W moim odczuciu ta przyszłość jest kreślona niewyraźnie i to jedynie obietnicami oraz niczym nie uzasadnionym hurraoptymizmem. Tym bardziej patrzę przez palce na „polski sukces w Hollywood” mając na względzie wiarygodność najgłośniejszych z inwestorów…



13 komentarzy:

  1. Jak dla mnie to wszystko to zaściankowe grzanie się w cudzym blasku. Bierzemy udział w produkcji filmu ze znanym aktorem, wykłada trochę kasy, a później się taki chwali, że wyprodukował film z taki, czy innym gwiazdorem.
    Mogli by zainwestować w polskie kino, ale nie w starych reżyserów, ale młodszych. Patrząc na Jana Komase można na nich nieźle zarobić. Ale trzeba chcieć i wiedzieć w kogo zainwestować. A amerykanie sami mają kasę na filmy, po co ich dotować.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż, myślenie biznesowe po polsku zakłada: spektakularny start, chwalenie się, szybki zysk/szybka klapa (jedno i drugie raczej niewielkich rozmiarów), ucieczka. Chciałbym, żeby producenci zaczęli myśleć długofalowo, może wtedy udałoby się zbudować porządny, stabilny system. Ale czy to w ogóle możliwe?

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się twoje "małe śledztwo" odnośnie prawdy. Też pamiętam, jak kilka miesięcy temu czytałam o tym Wejterkowskim, chyba w "Filmie". Ale nic tam nie było wspomniane o długach jego firmy. I rzeczywiście, bardziej opłacalne (i tańsze) byłoby dofinansowanie polskich filmów. Tyle tylko, że tutaj jest ogromne ryzyko fiaska;/

    OdpowiedzUsuń
  4. Biedne pismaki, mieli już dość pisania o złu tego świat, więc dla odmiany postanowili napisac o czym dobry, ale że niczego godnego nie znaleźli więc byle co musieli pokazać jako sukces, zawód dziennikarza to niewdzięczne zjaęcie.
    ARISTO

    OdpowiedzUsuń
  5. Może artykuły w gazetach były rzeczywiście przesadzone, ale dziennikarze już tak mają. Inną rzeczą jest wyśmiewać każdą próbę zaistnienia w tym wciąż niedostepnym dla większości polskich twórców i biznesmenów świecie, jakim jest Hollywood. Tacy ludzie jak Wojterkowski mają ambicję i próbują coś zrobić (poza tym staje on już powoli na nogi i chce wrócić do gry). No ale oczywiście najłatwiej jest wyśmiać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nawet jeśli udział polskich producentów w tych produkcjach jest symboliczny, to nie oznacza, że go wcale nie ma. Wielu wielkich twórców, reżyserów, aktorów, muzyków zaczynało od zera. W tym wypadku jest podobnie. Choć wkład jest niewielki, ma on znaczenie dla produkcji. Konradowi Wojterkowskiemu nie można zatem odmówić braku ambicji czy samozaparcia. Faktem jest, że w Hollywood stawia póki co małe kroki. Może i małe, ale udane.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ci producenci, na przykład Wojterkowski, muszą od czegoś zacząć, przecież nie będą od razu szychami na miarę Weinsteina. Ten film "Aż po grób był ciekawy", bardzo nie w stylu Hollywood i uważam go za odważną próbę ze strony Wojterkowskiego wejścia do trudnego świata kinematografii.

    OdpowiedzUsuń
  8. W artykule jest napisane "Nie wiem jednak, czy polscy producenci mają się czym chwalić, bo i zyskowność dzięki ich udziałowi nie jest porażająca, ba! sam udział jest jedynie symboliczny. Czyżby więc symbole miały świadczyć o potędze rodzimych przedsiębiorców?". Czyli co? Jeśli ktoś wspomaga dajmy na to jakąś fundację, np. WOŚP i wpłaci na ich konto 100 zł, to choć jego udział jest symboliczny, to znaczy, że się nie liczy? Idźmy dalej. Takich osób, które wpłacają po 100 zł jest przykładowo 2000, razem daje nam to 200 000 zł, nadal jest to tylko wkład symboliczny? Teraz te 2000 osób myśli sobie, że jednak nic nie wpłacą, bo przecież wpłacą inni. No i już nie ma tych 200 tys. zł. Tak samo jest w tym przypadku, liczy się każdy konkretny wkład. Nazywasz to "symbolem".. ok, nawet się zgodzę. Ale jedni zaczynają od wielkich kroków, drudzy od małych. Powinniśmy raczej kibicować takim osobom jak Konrad Wojterkowski za to, że podejmują się takich prób, swoją drogą niełatwych, bo nie każdy film gwarantuje sukces. A ten film może nie był najlepszy, ale był dobry.

    OdpowiedzUsuń
  9. Co do "Aż po grób", w którym maczał palce Wojterkowski, to był to film, który nie mógł być zauważony przez bardzo szeroką widownię, bo dzieło bardzo specyficzne, niemasowe. Co nie zmienia faktu, że to produkcja wartościowa i ciekawa. A jeśli Wojterkowski debiutuje w Hollywood w ten sposób, to potencjał ma ogromny, takie jest moje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zanim zaczniemy kogokolwiek krytykować, popatrzmy najpierw na siebie. Jeśli wg Ciebie wkład w produkcję był symboliczny, to przenieśmy to na bardzo prosty przykład. Składasz się na prezent dla znajomego na urodziny, niech to będzie porządny sprzęt wart 1000 zł. Dorzucasz swoje 4%, czyli 40 zł. I co, czujesz że masz swój udział w tej niespodziance, czy to jedynie nic nie wart symboliczny wkład? Wojterkowski tym razem dał tyle pieniędzy, innym razem da tyle i tyle. Przy okazji hollywodzkiej produkcji nabierze doświadczenia, które jest bezcenne. A jeśli uda mu się wyprodukować kilka dobrych filmów, jego nazwisko będzie się liczyło w filmowym świecie. Trzeba próbować. Nie od razu Rzym zbudowano.

    OdpowiedzUsuń
  11. Na blogu jest napisane, że sytuacja o wykładaniu pieniędzy na film przez pana Wojterkowskiego jest niemniej śmieszna w kontekście artykułu o upadłości jego firmy. Jednak nie od dziś wiadomo, że na produkcji filmu można zarobić niemałe pieniądze. Faktem jest, że film mógłby okazać się klapą, ale tym razem tak się nie stało. Co w takim razie ma zrobić K.Wojterkowski? Grać w lotto, żeby spłacić długi? A może wziąć kredyt na spłatę kredytu? Może i porwał się trochę z motyką na słońce, ale dobrze na tym wyszedł. Jest doświadczonym biznesmenem więc na pewno znajdzie więcej możliwości na spłatę kredytu

    OdpowiedzUsuń
  12. To jest trochę czepianie się ludzi, którzy próbują wejść do show-biznesu. Początki są bardzo trudne i trzeba docenić, że w ogóle próbują. Jeżeli już kogoś krytykować, to autorów artykułu, którzy trochę polecieli z fantazją, że już cuda polskie w Hollywood, a nie Wojterkowskiego czy Hajdarowicza.

    OdpowiedzUsuń
  13. Swego czasu artykuł, o którym mowa był na prawie każdym portalu informacyjnym i zawsze w tej samje wersji. Mogło to sprawiać wrażenie, że rzeczywiście polscy producenci "podbili" już Hollywood. Autor swoją ironię powinien zwrócić raczej w kierunku dziennikarzy, niż przykładowo Wojterkowskiego, który próbuje za swoje pieniądze robić filmy za granicą i wychodzi mu to może jeszcze nie wspaniale, ale na pewno nieżle. Zgadzam się zatem w tym względzie z przedmówcą.

    OdpowiedzUsuń

Najpopularniejsze posty Fetyszystów