wtorek, 24 maja 2011

Autor: Rafał Oświeciński

Po Cannes

Nie było mnie na konkursie w Cannes, ale tegoroczny był dość wyjątkowy z prostego powodu: dużo dobrego zapowiedziano i jak się okazało - dużo dobrego zaoferowano. Kilka moich refleksji na temat.



Wszyscy to wiedzą - Malick zgarnął Złotą Palmę. Samego Malicka nie była na uroczystości, bo mu na to wrodzona skromność i awersja do blichtru przeszkadzały, ale facet może się cieszyć podwójnie. Raz, że Palma przypadła jego filmowi mimo bardzo silnej tegorocznej konkurencji, a dwa - choć nadzieje związane z „Tree of Life” zostały wywindowane na najwyższe piętra, to twórca nie spadł i udowodnił, że nie było przegięcia, choćby z mojej strony, w oczekiwaniu na arcydzieło czy w faworyzowaniu samego filmu. Sama ocena jego dzieła, na którą my maluczcy, tutaj w kraju, poczekamy prawdopodobnie do jesieni, jest intrygująca: waha się od bezgranicznego uwielbienia do oskarżeń o pretensjonalność. Osobiście granice filmowego banału drażnią mnie najmocniej, więc film poruszający się po krawędzi filozoficznych komunałów może być niestrawny. Gdyby to był inny reżyser, to pewnie byłbym nastawiony, już teraz, raczej wrogo. Ale to Malick. On nie jest Aronofskim.

Druga najważniejsza sprawa - Refn. Zapamiętajcie to nazwisko, bo już teraz znaczy wiele, ale za moment będzie najważniejszym twórcą kina sensacyjnego na tym globie, tuż obok Michaela Manna. To jest jego czas. „Drive” jest podobno intensywnym, świetnie opowiedzianym kinem akcji, w którym widać tę demoniczną stronę życia, którą Refn pokazał i w trylogii „Pusher”, i w „Bronsonie” i w „Valhalla Rising”. Facet ma swój styl, pisze dobre scenariusze, sprawnie reżyseruje. Zaczynam być fanem?


Trzecia sprawa - „We Need To Talk About Kevin”. Zapamiętam przede wszystkim tę scenę, na którą natknąłem w jednej z relacji. Tilda Swinton i dziecko. To jak wygląda, jak gra; sama inscenizacja, to zaskoczenie tłem w ostatnich sekundach - BEZCENNE.


Czwarta - Jean Dujardin w “The Artist”. Brawa dla Jury za docenienie aktorstwa, którego już dzisiaj nie ma, czyli prosto z kina niemego. Film wygląda niezwykle interesująco i sama rola wygląda na wymagającą, ale i sprawiającą dużą frajdę aktorowi.


Obczajcie też klip z “This must be the place” z Seanem Pennem. Sam film został oceniony przez Olgę Bieniek ze Stopklatki jako najlepszy (swoją drogą, świetne relacje były na tym portalu, szkoda tylko, że wyłącznie filmowe, nie okołofilmowe). Penn zgarnia Rycerzyka w przyszłym roku?


No i “Melancholia”. Apoteoza Hitlera w wykonaniu Larsa niech nie przysłoni faktu, że film oceniono bardzo wysoko, tak naprawdę wszędzie i bez większych kontrowersji, jak to było w przypadku „Antychrysta”. Bo tym razem Lars również o depresji, ale o pogodzeniu się z nią (po terapii, którą LvT przeszedł), nie o jej wkręcaniu się w mózg (przed terapią). Podobno rola życia Kirsten Dunst.


Smakiem obszedł się “Habemus Papam”, który zachwycił, a nagrodę Grand Prix zdobyli bracia Dardenne i Ceylan, którzy niczym nie zachwycili. Almodovar nie zaskoczył, Kourismaki tym bardziej. Takie to wybory żiri.

To był najciekawszy konkurs od lat.


2 komentarze:

  1. Tego francuskiego aktora Jeana Dujardina widziałem w parodii Bonda pt. "OSS 117. Kair - miasto szpiegów". Film średnio mi się podobał, ale aktora zapamiętałem, bo to była dobrze zagrana rola. Dlatego fajnie, że w końcu dostał ciekawszą rolę, dzięki której zdobył tę prestiżową nagrodę. W końcu Francuzi mają nie tylko Daniela Auteuila i Gerarda Depardieu, ale mają też wielu innych znakomitych aktorów.

    OdpowiedzUsuń
  2. ostatni akapit brzmi jakbyś co najmniej te filmy widział :) Ceylana znam całkiem całkiem i nie sądzę, aby jego nowy film "niczym nie zachwycał". O nowym Almodovarze też różne były opinie.

    OdpowiedzUsuń

Najpopularniejsze posty Fetyszystów