Zdzierają się i niszczą, gwarantują słabą jakoś obrazu, nie dają możliwości wyboru napisów i zajmują dużo miejsca. Kasety VHS, bo o nich mowa, w dobie płyt Blu-Ray i nagrywarek cyfrowych, zostały skazane na ponury koniec w śmietnikach – wypożyczalnie upadają albo zmieniają ofertę, żadnego dystrybutora nie interesuje już format video, a widzowie przerzucili się na nowocześniejsze, praktyczniejsze nośniki. I w sumie trudno się im dziwić. Ale w kasetach tkwi coś magicznego, czego żaden cyfrowy plik nie jest w stanie zagwarantować. Te duże, nieporęczne, zdarte taśmy, opakowane w kiczowate okładki, okraszone nieskładnym hasłem reklamowym, kryją wspomnienie pewnej fascynującej epoki, może nawet najciekawszej dla kina w Polsce – epoki raczkującego kapitalizmu, garażowych dystrybutorów, wypożyczalni na każdym rogu, „Terminatora” jako „Elektronicznego mordercy”. W dużym skrócie: początków fascynacji kinem, pierwszej w historii szansy na prawdziwy seans bez wychodzenia z domu. I już za to należy im się hołd.
