Ostatnimi czasy, zmuszony przez wielce skomplikowaną sytuację życiową, siedziałem trochę w tematach około-czesko-filmowych. Kiedy postawiłem ostatnią kropkę w pracy rocznej czułem się jakbym wygrał w totka, pomijając już kwestię czy praca była dobra czy zła – ważne, że skończona i o Czechach, założenia wypełnione. Czując delikatny przesyt sąsiadami z południa postanowiłem, że kolejny film czeski obejrzę dopiero wtedy, kiedy zapomnę o przysypianiu nad klawiaturą. No i co z tego wyszło? No nic, a wszystko przez to, że pewien z szanownych klubowiczów (nie zdradzam personaliów, jak będzie chciał to sam się pochwali) powiedział mi, że właśnie wrócił z siłowni. Dość niezwykłej, bo zrealizowanej w wersji piwniczno-kuchennej, a żeby skończyć owijanie w bawełnę – klubowy kolega po prostu wtachał na piętro ziemniaki z piwnicy. A piwnicę, proszę ja was, to okrutnie dziwne miejsca zamieszkane przez złośliwe kartofle i dziadzia śpiącego pod węgielkiem. Oj tak…
A po obejrzeniu tego przekonacie się, że nie jestem pod wpływem narkotyków