Czasami zdarza się, że podczas oglądania bardzo dobrego filmu następuje scena, która znacznie wykracza ponad i tak bardzo dobrą jakość i na widok której otwieramy usta w niemym zachwycie. I nagle bardzo dobry film zostaje wywindowany do rangi arcydzieła, które zapada w pamięć na zawsze. Ja tak miałem z dwoma filmami: 1. „Blade Runner” - znakomite, mroczne dzieło SF, z finałową sceną na dachu (pomocna dłoń Roya Batty + jego przedśmiertny monolog). 2. Drugi tytuł to klasyk kina grozy - „Lśnienie” i Jack z toporem strażackim, przypuszczający szarżę na drzwi hotelowego pokoju. Być może narażę się ortodoksyjnym wielbicielom w.w. tytułów, ale zarówno „Blade Runner”, jak i „Lśnienie”, przy całej swej genialności są filmami z nieco powolnym rozwojem wydarzeń, a pozbawione „potęgi” finałowych scen, nie zapisałyby się w historii kina takimi złotymi literami, jak się zapisały. W niniejszym wpisie chciałbym zaprezentować scenę z filmu ze znacznie niższej półki, ale posiadającą „epickie pierdolnięcie” o podobnej sile rażenia co powyżsi…

